Wesela, chrzciny, komunie i urodziny

Jak było kiedyś, a jak jest teraz?

Mieszkając w Polsce, bardzo lubiłem być zapraszany na wszelkiego rodzaju imprezy okolicznościowe. Miałem podbudowane ego i dobre świadectwo pozytywnych relacji z zapraszającymi, czego chcieć więcej?. Myślę, że nie jestem tutaj wyjątkiem. Kto z Was nie lubi spędzać czasu w doborowym towarzystwie na jakiejś imprezce? Nagle ustaje wszechobecna pogoń za pieniądzem i karierą. Takie uroczystości są często jedynym powodem osobistych spotkań, na które tak trudno umówić się bezokazyjnie.
Od czasu, kiedy wyemigrowałem z Polski, wszystko się diametralnie zmieniło. Jestem bardzo zdystansowany, żeby nie powiedzieć negatywnie nastawiony. Pewnie, że to miłe, kiedy ktoś pamięta o mnie i naszych więzach rodzinnych. Z drugiej strony zmusza mnie to do wspomnień i zuchwale przypomina o dyskomforcie związanym z przeogromną odległością, jaka dzieli mnie z rodziną.

Dziwne uczucie zmieszania

Dla mnie to okrutne uczucie, kiedy zaglądam do skrzynki na listy i znajduję w niej kopertę zaadresowaną z Polski. Początkowo zastanawia mnie, co w sobie kryje? Rzut okiem na nadawcę i już jestem prawie pewny. W środku mieści się zaproszenie na jakąś imprezę okazjonalną. Ogromny plus to fakt, że mam trochę czasu, aby się z tym oswoić i na spokojnie móc wszystko przemyśleć. Z dwojga „złego” wolę takie zaskoczenie niż nagły i niespodziewany telefon. Kiedy po drugiej stronie słuchawki słyszę dobrze mi znany głos, chociaż początkowo ciężko jest go przypisać do osoby telefonującej. Po chwili słyszę słowa:
– … i chciałbym zaprosić Cię na moje wesele
– Wiesz, to nie będzie łatwe
– Eeee, dasz radę przyjechać. Przecież to jest w weekend, co to dla Ciebie?

Nastawienie innych

Wydaje mi się, że nikogo, kto mnie zaprasza, nie obchodzą zbytnio koszty mojego dojazdu. Przecież mnie stać. Pracuję na zachodzie, zarabiam w € i śpię na pieniądzach, więc co to na moją kieszeń. Czasu, jaki trzeba poświęcić w samochodzie, też przecież nikt nie liczy. Nikt nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, jakie to jest męczące. Jak mają to rozumieć, skoro nigdy nie raczyli się u mnie pojawić. Dla mnie najlepszą alternatywą na takie nagłe zaproszenia jest oczywiście samolot. Należy jednak pamiętać, że rezerwacja na 2 czy 3 tygodnie przed terminem potrafi trochę kosztować, nawet w tanich liniach lotniczych. Do tego wszystkiego dochodzą koszty wynajęcie auta w Polsce, czy transport z lotniska do domu. No nic, nie będę się nad sobą rozczulał, „przecież mnie na to stać”, finansowo, no i mentalnie.
Zorganizowana impreza jest zazwyczaj w sobotę, co jest chyba logiczne. Dla mnie i każdego zainteresowanego emigranta wiąże się to z dniem urlopowym w piątek i poniedziałek, no bo inaczej się tego zorganizować nie da. Jak by mi stresu było mało, to staram się być fair wobec wszystkich. Pojawiając się u jednego zapraszającego, nie próbuj czasem zawodzić drugiego, bo będzie zaraz gniew i obraza do końca życia. O wymarzonym urlopie będę mógł sobie dosłownie pomarzyć. Moje dni urlopowe przeznaczę na imprezowe wojaże do Polski, bo chcę być miły dla innych. Co ja mam w zamian? Ano bardziej „bystry” potrafi zaskoczyć stwierdzeniem, że jest jeszcze urlop bezpłatny… No ba, mieszkam w dobrobycie to mnie stać. Zastanawiam się tylko, dlaczego nikt z Polski się do tego wspaniałego dobrobytu wybrać nie chce, skoro przychodzi to tak łatwo i przyjemnie? No, ale nie odbiegajmy od tematu.

Siedzenie jak na szpilkach

Nareszcie przychodzi dzień imprezy. Zajmuję miejsce pomiędzy ludźmi, z którymi nie rzadko nie widziałem się z dobry rok, albo i lepiej. U nich zmieniło się wiele, chociaż od prawie każdego słyszę nasze polskie narzekanie – „stara bieda”. Widząc biegające po sali dzieciaczki, staram przypisać się je do ich matek. Całe szczęście, że kilka dni wcześniej odrobiłem lekcje na Facebooku i przejrzałem zdjęcia rodziny. Czuję się dość niezręcznie, kiedy z ust szkrabów padają w moją stronę pytania o pana, którego nie znają. No tak, mieszkam za siedmioma górami i siedmioma lasami, gdzie nie ma Internetu i wszelkiego rodzaju darmowych komunikatorów, dlatego się nie znamy. Kiedyś to jeszcze istniała dobra wymówka, że rozmowy międzynarodowe są drogie. Kiedy już mój wzrok wraca do towarzyszących mi przy stole ludzi, słyszę na okrągło, jak to w Polsce jest źle. Wszyscy dorobili się dzięki kradzieżom. To narzekanie się tutaj nie zmieniło, ale ciężko szukać w tym pozytywnych walorów. Kiedy już wreszcie ktoś mnie zauważa, zaczyna się plejada pytań na temat mojego życia na obczyźnie. Odważniejsi, a może raczej bardziej bezpośredni pytają o zarobki, samochód, czy dom. Niestety, ale czuję się tam totalnie wyobcowany. Praktycznie nie ma wspólnych tematów. Odczuwalna jest jakaś sztuczna atmosfera i dziwna zawiść. Na całe szczęście jest mój ulubiony temat – turystyka. Niestety i ona bardziej nas dzieli, aniżeli łączy. Kiedy słyszę od cioci na temat kolejnych z rzędu wakacji nad polskim morzem, czy w górach to wcale tego nie neguję, bo czasem sam lubię tam pojechać na weekend. Nie wiem jednak, co mam jej opowiedzieć na swój temat. Nie chcę zbytnio mówić o wszystkich zagranicznych miejscach, w których byłem, żeby nie pomyślała, że się przechwalam. Apogeum rozmowy są jednak pytania dociekliwego wujka na temat powrotu „do domu”. Ja doskonale pamiętam, gdzie się urodziłem, wychowałem i jaki kraj noszę w sercu. Mój materialny dom jest obecnie poza granicami kraju i po takiej ciężkiej serii pytań, to właśnie tam chcę jak najszybciej wrócić, mając dość dziwnego poczucia wyobcowania wśród rodziny.

Moje przemyślenia

Niejednokrotnie siedząc przy stole na wszelkiego rodzaju imprezach, zastanawiałem się. Gdybym tak odwrócił sytuację, to ciekawe, ile osób by do mnie przyjechało? Niestety przykrą odpowiedź na moje pytanie miałem okazję poznać nie tak dawno, podczas jubileuszu urodzinowego. Z mojej rodziny na uroczystości pojawiła się okrągła liczba osób… 0. To było dla mnie jak cios w serce. Sobotnia impreza i identyczna przecież odległość, jaka dzieli mnie z Polską. Niestety, ale moich potencjalnych gości pokonał priorytet poniedziałkowego obowiązku bycia w pracy. O argumencie małej „opłacalności” przybycie na kilkanaście godzin nawet nie wspominam. Zastanawialiście się kiedyś, czy wszystkie wasze ciotki z wujkami byliby gotowi na kilkunastogodzinną jazdę na Wasze zaproszenie? Może znajdą się tutaj pojedyncze osoby, którym szczerze zazdroszczę, ale jestem przekonany, że będzie ich zaledwie garstka.

Nowe życie, nowe realia

Mniej więcej tak właśnie wygląda to moje życie emigranta. Myślę, że nie jestem osamotniony w tej sytuacji. Wszyscy musimy znaleźć sobie w nowych realiach przyjaciół, chyba że ktoś woli samotność. W przeciwnym razie zostaniemy takimi nieszczęśliwymi tułaczami.
Przyznajcie szczerze, czy czytając ten wpis, chociaż przez chwilę, pomyśleliście, że moje życie na emigracji jest smutne?. Myślicie, że jest mi przykro, bo omijają mnie imprezy rodzinne i przyjacielskie popijawy? Bez obaw. Mam nieco inną hierarchię wartości, którą na całe szczęście niektórzy członkowie rodziny potrafią zrozumieć. Dzięki wspólnej pasji otaczam się tutaj ludźmi, z którymi moja relacja jest dużo lepsze niż z własną rodziną i tego Wam wszystkim z tego miejsca życzę.

Polski wysiedleniec, dociekliwy podróżnik, obsesyjny fotograf, raczkujący bloger. Podróże są dla niego zarówno formą asymilacji z emigracyjną rzeczywistością, jak i samorealizacją wrodzonej pasji. Poprzez bloga chce podzielić się zdobytą wiedzą oraz wnikliwymi spostrzeżeniami. Życzliwy i uczynny, choć potrafi być sceptyczny i niekonwencjonalny, przez co lubi wzbudzać kontrowersje.

Komentarze

  1. autor
    Alleksana
    Paź 23, 2018 Odpowiedz

    Ciekawy wpis.

    • autor
      Marcin Koczorowski
      Paź 23, 2018 Odpowiedz

      Dziękuję za miłe, chociaż skromne słowa.

  2. autor
    Migliorevita
    Paź 23, 2018 Odpowiedz

    Bardzo fajny, ciekawy wpis, który przeczytałam z ogromną chęcią.

  3. autor
    Iza
    Paź 23, 2018 Odpowiedz

    Ciekawe spostrzeżenia i muszę przyznać że czytając poniekąd czułam się jak autor tekstu 🙂 Zadziwiające jest jak ludzie w pl postrzegają Nasze życie na obczyźnie…
    Nas stać na wszystko, zapraszają więc zrobimy 2000km na sam weekend bo to nie problem,a praca? poczeka przecież w pl liczą na Nasz przyjazd…
    Okrągłe urodziny… wesela itp imprezy omijamy bez żalu w sercu,Jeździmy do pl na Boże Narodzenie ale nie dlatego że od Nas tego wymagają a dlatego że sami tego chcemy 😉
    Pozdrawiam Marcin i czekam na kolejne równie ciekawe życiowe historie 😉

    • autor
      Marcin Koczorowski
      Paź 23, 2018 Odpowiedz

      Boże Narodzenie to nieco inny przypadek. Człowiek zazwyczaj jedzie bez zaproszenia, bo po prostu czuje taką potrzebę.
      Iza, bardzo dziękuję za wartościowy i szczery komentarz. Obiecuję, że postaram się spełnić Twoje oczekiwania.

  4. autor
    Asia
    Paź 23, 2018 Odpowiedz

    Myślę, że temat rodzinnych imprez w dużej mierze zależy też od samej jakby specyfiki rodziny, bo przecież każda jest inna. Jedni widują się ze sobą jedynie na weselach i pogrzebach, inni świętują razem każde wspólne urodziny, bądź widują się tylko po to, żeby się razem spotkać. Jednak spokojnie mogę się zgodzić z autorem posta, ponieważ przed moim wyjazdem za granicę starałam się w miarę możliwości być wszędzie tam gdzie mnie zapraszano, miałam kontakt telefoniczny z ciociami, wujkami, kuzynami. Jednak gdy wyjechałam nagle jakby przestałam istnieć (mimo, że mamy XXI wiek i ogólnodostępne środki komunikacji takie jak facebook, mail, czy choćby whattsap). Gdy już nadchodzi konieczność bywania na imprezie rodzinnej w Polsce najczęściej słyszę teksty w stylu- „dlaczego się nie odzywasz, wywiało cię za granicę i już słuch o tobie zaginął”, tylko że mało kto jest świadomy tego, że sytuacja działa w dwie strony. Mogę na palcach jednej ręki policzyć członków mojej rodziny, którzy od czasu do czasu sami z siebie piszą do mnie co słychać, jak leci, kiedy nas odwiedzisz.
    Kolejną irytującą dla mnie sytuacją jest wręcz OBOWIĄZEK odwiedzenia każdego członka rodziny jak tylko zjawie się na parę chwil w Polsce. Przyznam całkiem szczerze- kocham mój kraj, kocham swoją rodzinę, ale nie cierpię przyjeżdżać do Polski na urlop, a już tym bardziej na święta lub na rodzinne okazje Z dwóch względów. Pierwszy gdy już jestem w Polsce dwa tygodnie to jest maksimum jaki w niej spędzam, częściej przyjeżdżam na tydzień lub na kilka dni, gdzie najczęściej w międzyczasie mam całe mnóstwo spraw do ogarnięcia, które nazbierały się w trakcie mojej nieobecności. Gdy w rodzinie/wśród znajomych rozejdzie się wieść, że przyjeżdżam dostaję informację, że KONIECZNIE muszę ich odwiedzić, bo inaczej najprawdopodobniej świat się skończy 🙂 , tylko jak wszyscy wiemy takie wizyty z reguły nie trwają piętnaście minut, bo przecież mi się śpieszy, ale najczęściej- zostań na obiad, przecież ja tyle naszykowałam, a najlepiej zostań do rana, tak dawno się nie widzieliśmy. Rodzinę mam naprawdę dużą, więc gdybym chciała załatwić wszystko co mam do zrobienia w czasie wyjazdu, odwiedzić rodzinę/znajomych to szczerze i z ręką na sercu nie wystarczyłoby mi czasu. Dlatego tez jak autor zaznaczył zawsze pada tekst- słuchajcie, ja przyjeżdżam tylko na chwilę nie zdążę wszystkich odwiedzić, załatwić swoich spraw (że już o odpoczynku nie wspomnę, bo przecież jestem na urlopie, prawda?), zapraszamy do nas, wpadajcie kiedy chcecie będzie nam bardzo miło. Zazwyczaj w takich chwilach zapada głucha cisza i niezręczne rozglądanie się między sobą i szykanie wymówek dlaczego nie.
    Dlatego właśnie bardzo niechętnie jeżdżę do Polski, ponieważ mało kto bierze pod uwagę fakt, że wizyta w naszym kraju to dla większości z nas stres, długi czas w podróży, zmęczenie, rozmowy z coraz bardziej nam obcymi ludźmi,którzy z czasem zaczynają traktować nas jak kosmitów, którzy odcięli się od rodziny (a przecież wystarczy zrobić ten pierwszy krok i napisać od czasu do czasu na fejsie krótkie „co słychać”), brak odpoczynku w trakcie „urlopu” i czasami po powrocie z Polski przychodzi mi do głowy myśl, że musimy po powrocie brać urlop od urlopu w Polsce 😉

    • autor
      Marcin Koczorowski
      Paź 23, 2018 Odpowiedz

      Asia to się nazywa konkretny komentarz. Nie będę liczył ilości słów, bo zaraz okaże się, że jest dłuższy niż moja wypowiedź 🙂
      Obowiązek odwiedzania każdego również jest mi doskonale znany, ale ten aspekt staram się inteligentnie rozwiązywać, spotykając się z większą ilością ludzi w jednym miejscu.
      Raz jeszcze dziękuję za ten wartościowy i obszerny komentarz, nawet nie wiesz, jak mocno mnie podbudował. Asia to właśnie dla takich ludzi jak Ty piszę tego bloga, mam nadzieję, że z biegiem czasu będzie Was coraz więcej.

  5. autor
    Jadwiga
    Paź 23, 2018 Odpowiedz

    Jestem emigrantką bardzo krótko i nie potrafię się odnieść do Twoich obserwacji, ale co do jednego mogę się już zgodzić w 100%: ja mam być w Polsce na każde zaproszenie, bądź „zawołanie” (ostatnio usłyszałam: „Nie przyjedziesz na Wszystkich Świętych?” :D), ale do mnie jakoś nikt nie ma ochoty się wybrać ?

    • autor
      Marcin Koczorowski
      Paź 24, 2018 Odpowiedz

      Jadwiga, myślę, że wszystko przyjdzie do Ciebie z czasem. Sama będziesz musiała zdecydować i wiedzieć, co jest dla Ciebie ważne. Myślę, że aby szybko sprowadzić zapraszających na ziemię, należałoby nakłaniać ich do wizyty w miejscu, gdzie aktualnie przebywasz. Zawsze możesz powołać się na atrakcyjność miejsca, w którym przebywasz i możliwość odkrycia czegoś nowego. Spróbuj i daj znać, czy się udało 😉

  6. autor
    Patrycja
    Paź 23, 2018 Odpowiedz

    Jakbym czytała o sobie! Na początku mojej drogi „za granicą” tęskniłam do rodziny i do Polski, teraz jednak kiedy tam jestem nie mogę się doczekać powrotu do domu. „do jakiego domu? Tu jest twój dom!” powtarzają członkowie rodziny, niestety, ja już tego tak nie odczuwam. Kraj, w którym mieszkam dał mi wiele, tutaj mam też zobowiązania, rodzinę i nie jest łatwo wyrwać się na kilka dni. Nie będę przytaczać argumentów gdyż doskonale ująłeś je w felietonie. Czasem przykro jest myśleć, że nawet najbliżsi nie chcą zadać sobie trudu podróży…
    Blog dodaję do ulubionych i będę tutaj zaglądać. Pozdrawiam ?

    • autor
      Marcin Koczorowski
      Paź 24, 2018 Odpowiedz

      Myślę, że należy odnieść się do cytatu „Tam dom Twój, gdzie serce Twoje”. Ojczyzny ani miejsca urodzenia nie wybieramy, mamy natomiast możliwość wyboru miejsca oraz kraju, w którym chcemy przebywać, czy też mieszkać. Rozumiem, że dla Twojej Rodziny Polska zawsze będzie Twoim domem. Oni zapewne nie znają innych możliwości, dlatego też myślą tak, a nie inaczej. Moi Rodzice zaakceptowali mój wybór. Wiem, że nie było im łatwo się z tym pogodzić, bo dzielą nas setki kilometrów. Tato z każdą kolejną wizytą u mnie rozumie mnie coraz bardziej. Mama jest nastawiona bardziej sceptycznie, ale szanuje mój wybór i za to ich doceniam.

  7. autor
    Justyna
    Paź 24, 2018 Odpowiedz

    Ehh… Jakie to prawdziwe..

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *