Dordrecht — największe średniowieczne miasto Holandii

Gdyby spytać przeciętnego turystę o Dordrecht, pewnie nawet nie wiedziałby, w którym miejscu na mapie Holandii go szukać. Złudnie mógłby uznać go za mało atrakcyjny, obierając tym samym kierunek na pobliski Rotterdam, czy chociażby rozsławiony za sprawą licznych wiatraków Kinderdijk. Moja niebanalność oraz dociekliwość pozwoliły mi dotrzeć do informacji, iż w średniowieczu Dordrecht był jednym z głównych punktów handlowych, a także i tutaj skupcie się bardzo uważnie, największym holenderskim miastem. Z biegiem czasu jego blask został przyćmiony przez wspomniany już Rotterdam, chociaż na szczęście serce miasta nadal bije i przypomina o swojej bogatej przeszłości. Jestem przekonany, że Dordrecht będzie apetycznym kąskiem dla każdego turystycznego podniebienia.

Dordrecht — co warto zobaczyć?

Mając różne priorytety, już na samym początku podzieliliśmy się na dwie grupy. Ja moją samodzielną eksplorację miasta rozpocząłem od odwiedzenia budynku informacji turystycznej – intree Dordrecht. Tutaj wzbogaciłem się o darmowy informator z mapką miasta. Cenię sobie mieć papier w ręku ze względu na wygodę korzystania. Podążając w stronę charakterystycznej wieży kościoła, nieco zboczyłem z wyznaczonej początkowo trasy. Z daleka dostrzegłem efektowny mural, który po prostu musiałem sfotografować z bliższej odległości. Nowa droga ukazała mi także efektowny pomysł przedstawienia starej mapy miasta zamocowanej na latarniach.

Nie chcąc się cofać, postanowiłem przejść przez bardzo wąski mostek. Doprowadził mnie on wprost pod budynek Dolhuis. Ja podążałem jednak dalej w kierunku wieży kościelnej, która służyła mi jako kompas. Zanim jednak tam dotarłem, Dordrecht postanowił zaskoczyć mnie raz jeszcze. Kolejny street art i to w bardzo klimatycznym miejscu, którego także nie planowałem zobaczyć. Takie przygody tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że dobrze jest czasem nieco zbłądzić i odbić od głównej trasy, aby móc obcować z rzeczami, których próżno szukać w przewodnikach turystycznych.

Zbliżając się coraz bardziej do serca miasta trafiłem na most Leuvebrug, z którego rozpościerał się piękny widok na kanał oraz port. Byłem już u podnóży kościoła, a moja wycieczka po Dordrecht rozpoczęła się już na dobre. Jeśli będziecie w tym mieście, to zrućcie uwagę na specyficzną wieżę kościoła – Grote Kerk. Oprócz tego, że jest znacznie odchylona, to pomimo swojej prawie 600-letniej historii po dziś dzień nie została całkowicie ukończona. Nad skrytymi dzwonami znajduje się zegar i to właśnie tutaj konstrukcja się urywa.

W porcie W.S.V. Maartensgat miałem okazję podziwiać jachty, jak i specyficzne kamienice o sporych odchyleniach, w których próżno było szukać fotograficznej symetrii. Początkowo miałem pójść wzdłuż portu i przejść obok Nieuwe Haven Museum 1940 – 1945. Coś jednak mnie tchnęło, aby wybrać inną drogę i kolejny raz zboczyć z wyznaczonej trasy. Zero turystów, tylko wąska uliczka, jakiś lokalny chłopiec i ja. To właśnie tutaj doszukałem się efektownych czerwonych butów zdobiących wejście do jednego z mieszkań, jak i rowerowego chaosu pozostawionego przy równie chaotycznym placu zabaw zrobionym na samym środku starej ulicy. Chyba już dziś wspominałem, że warto trochę zabłądzić.

Ostatecznie bez większych problemów dotarłem do historycznego portu Wolwevershaven. Nareszcie zaczął się żeglarski klimat miasta oraz historyczne statki, które służą obecnie jako mieszkania. Chyba każdy wie, że Holandia swoją gospodarczą potęgę zawdzięcza właśnie dzielnym wilkom morskim, dlatego tak bardzo pielęgnują tę historię. To właśnie w kraju tulipanów znajduje się największa i najlepiej zachowana kolekcja dziedzictwa żeglarskiego na świecie. W dordrechckim porcie oprócz starych okrętów będziecie mieli okazję podziwiać także historyczne magazyny kupieckie. Myślę, że najbardziej spodoba się Wam Stokholm, który zawdzięcza swoją nazwę urodzonemu w tym mieście dawnemu właścicielowi obiektu. Efektownie wygląda także ponad 300-letni Oldenborgh, który możecie uchwycić na zdjęciu wraz ze zwodzonym mostem Damiateburg.

Dzięki mapie miałem świadomość, że już tylko metry dzielą mnie od największej atrakcji miasta – Groothoofdspoort. Dordrecht zawdzięczało swoją potęgę położeniu geograficznemu, a dokładniej mowa tutaj o krzyżowaniu się w tym miejscu trzech głównych rzek (Beneden-Merwede, Oude Maas i Noord). Jeśli to do Was nie przemawia, to może fakt, iż jest to najbardziej ruchliwe skrzyżowanie drogi wodnej w całej Europie, nieco bardziej nakreśli Wam potęgę tego miejsca. To właśnie tutaj znajduje się pięknie zdobiona brama miejska z około 1440-1450 roku. Od strony rzeki nad bramą będziecie mogli dojrzeć postać pięknej kobiety otoczonej herbami piętnastu innych miast, a napis towarzyszący temu dziełu nawiązuje do jedności oraz pokoju. Na moje nieszczęście po zrobieniu zdjęć strasznie się rozpadało, dlatego też znacznie przyspieszyłem kroku, podążając w stronę kolejnego celu wycieczki. Doskonale wiem, że latem zwiedza się dużo lepiej, ale dla mnie zima nie jest okresem bezczynnego wegetowania. Jeśli ktoś tak jak ja potrzebuje turystycznych doznań, by czuć się jak ryba w wodzie, to doskonale wie, o czym mowa.

Na skróty, przez osiedle mieszkalne w samym centrum miasta dotarłem do pomnika lokalnego malarza — Ary Scheffera. Co prawda mieszkał tutaj tylko przez trzy lata, ale jego postać była doskonale znana w kraju, jak i poza jego granicami. O ile sam pomnik wyglądał całkiem dobrze, to do mnie zdecydowanie bardziej przemawiała efektowna księgarnia z charakterystycznymi kreskówkami, nieopodal której znajdował się lokal – Visser’s Poffertjes. Tutaj przy herbacie oraz porcji małych naleśniczków spotkałem się z członkami drugiej wyprawy, którzy także postanowili się schować przed deszczem. Wnikliwie analizując mapę, wyznaczyłem sobie jeszcze końcowy etap wycieczki po Dordrecht i ruszyłem w dalszą podróż.

Przeciskając się przez wąskie i klimatyczne uliczki oraz przejścia, a także stawiając kolejne kroki obok budynku dawnej szkoły ostatecznie dotarłem do Augustijnenhof. To właśnie tutaj na niewielkim dziedzińcu miałem okazję podziwiać elektronicznego skrybę, maszynę piszącą ze zdobieniami w pięknym dawnym stylu. Nie mając swojego sprzymierzeńca w aurze postanowiłem jeszcze przespacerować się wzdłuż budynku Dordrecht Museum, które powinno zadowolić nawet wybrednych zwolenników malarstwa. Na moje nieszczęście tutaj rozpadało się już na dobre. To był przykry znak, że nasza wycieczka po Dordrecht dobiegła końca. Najbardziej żałuję, że nie udało mi się dotrzeć jeszcze do Villa Augustus. Co prawda obiekt mogłem podziwiać zza szyby auta, ale to jednak nie to samo. Jeśli będziecie w Dordrecht, to koniecznie znajdźcie czas, aby odwiedzić także i to miejsce.

Polski wysiedleniec, dociekliwy podróżnik, obsesyjny fotograf, raczkujący bloger. Podróże są dla niego zarówno formą asymilacji z emigracyjną rzeczywistością, jak i samorealizacją wrodzonej pasji. Poprzez bloga chce podzielić się zdobytą wiedzą oraz wnikliwymi spostrzeżeniami. Życzliwy i uczynny, choć potrafi być sceptyczny i niekonwencjonalny, przez co lubi wzbudzać kontrowersje.

Komentarze

  1. autor
    puch ze słów
    Sty 22, 2019 Odpowiedz

    hej. widzisz dobrze że zajrzałam na Twój blog, zwłaszcza że czeka mnie za jakiś czas wyprawa do Holandii, więc zabieram się też za czytanie kolejnych postów. pozdrawiam asia 🙂

    • autor
      Marcin Koczorowski
      Sty 22, 2019 Odpowiedz

      Hej Asia,
      nawet bardzo dobrze. Staram się, jak mogę, dlatego kolejne treści cały czas się tworzą. Na Twoje szczęście obecnie bazuję głównie na Holandii, dlatego myślę, że znajdziesz tutaj sporo przydatnej treści. W przypadku pytań możesz śmiało pisać, postaram się jakoś pomóc 😉

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close